
|
Poznajê twoj± obecno¶æ po tym, ¿e powietrze zastyga w wielo¶ciany, co chwila odgradzaj±c nas i znowu ³±cz±c. Te bry³y przenikaj± siê, i w ich spl±tanej sieci zawisamy nachyleni ku sobie. Bry³o¶ciany powtarzaj± bezradny t³um naszych r±k, ust. Te architektury przestrzenne najpierw zdradzaj± mi twoj± obecno¶æ. Jest ju¿ blisko ca³y twój krajobraz rozleg³y. Czytam w kraterach twojej skóry, wêdrujê po p³owych pasmach brwi. To nie to, ¿e nie mogê przewidzieæ ruchu twych ga³ek ocznych ani przenikn±æ do dna ¼renic. To ju¿ by³o: jeste¶my samotni. Le¿ysz os³oniêty dymem jak drzewo z kor± rozoran±, jakby otacza³ ciê trzepot skrzyde³. Biegnê do twych narodzin i przeprowadzam ciê za rêkê poprzez w³asne twe losy. Przez miasta, których topografii nie znam, wiêc nie dziw, ¿e b³±dzê przez ogrody obce i ¶niegi, przez zamarzniête rzeki, przez twoje piachy i przez twoje wapienne do³y. Wziê³am za rêkê ch³opczyka, a przyprowadzi³am mê¿a. Moje cia³o jeszcze kwitnie. Ale wychylam siê zeñ ju¿ ku swej staro¶ci pajêczej, szukaj±c ciê ko³o siebie. I choæ to nazwiesz zuchwalstwem i niemo¿liwo¶ci± — wychylam siê jeszcze, jeszcze dalej.
|
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ