
|
Dygota³em. P³on±³em i gas³em na nowo. W ten dzieñ o¶wiadczy³em siê. Dr¿a³em z przejêcia. Za pó¼no. Skrewi³em. I oto odmowa. Jak ¿al mi jej ³ez! Ja — ¶wiêtszy ni¿ ¶wiêci.
Wyszed³em na plac. 7 móg³by kto¶ mniemaæ, ¯em znów siê narodzi³. I lada drobnostka Istnia³a drwi±c sobie z mojego istnienia, l w sens po¿egnalny znaczeniem swym ros³a.
Rozpala³ siê chodnik, ulica u czo³a Smag³a³a i kocic ³by w niebo patrzy³y Spode ³ba, wiatr-wiosiarz po lipach wios³owa³. I wszystko to tylko podobne snom by³o.
Czymkolwiek by by³o, wola³em nie chwytaæ Podobieñstw i wzrok ich omijaæ z daleka, Nie widzieæ bogactwa ich ani powitañ, I, by nie rozryczeæ siê, chcia³em uciekaæ.
Wrodzony mój instynkt, ten starzec pochlebca, Niezno¶nie naprzykrza³ siê i nastêpowa³, I my¶la³: "Zadurzy³ siê dzieciak. Chc±c nie chc±c, Nieszczêsny, ja bêdê go musia³ pilnowaæ".
"Krok jeszcze, krok jeden", powtarza³ mi instynkt I m±drze prowadzi³ mnie stary scholastyk, Przez g±szcz drzew rozgrzanych, dziewiczy, stulistny, I bzu, i p³omienia mych uczuæ niezgas³ych.
"Nauczysz siê kroczkiem, a pó¼niej choæ biegnij!" — Powtarza³, a s³oñce patrza³o upalniej Z zenitu, jak ucz± go znów chodziæ biegle , Mieszkañca planety — na gwie¼dzie fatalnej.
... W ten dzieñ ca³± ciebie, od stóp do grzebyków, Jak tragik z prowincji Szekspira tragediê, Jam nosi³ ze sob±, na pamiêæ ciê wyku³, Powtarza³, po mie¶cie siê taszcz±c ob³êdnie.
Gdy pad³em przed tob±, mg³ê twoj± obj±wszy, I lód ten poczu³em, powierzchniê zaklêt± (O, jak¿e¶ ty piêkna!) — ten wicher duszno¶ci — Ty o czym? Otrze¼wiej! Ju¿ nic. Odepchniêty. Prze³o¿y³ Mieczys³aw Jastrun
|
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ