
|
Domy, tu szpital, ówdzie ambasada — nasza Dzielnica, dobrze zakonserwowana w s³oñcu, Dr¿±ca tylko w ka³u¿ach po nocnej ulewie... Po drugiej stronie ulicy, wiod±cej do centrum, Mia³o siê przez czê¶æ drogi towarzystwo wzgórza, Na które mo¿na by³o wspi±æ siê w jaki¶ kwadrans, Aby ze szczytu ujrzeæ, dos³ownie z zapartym tchem, widok Miasta i morza w ramach parasolowatych pinii. Na ziemi — cyklameny, jesienne krokusy, Mieni±ce siê jak gdyby kropelkami potu W¶ród resztek dawnych uciech. Je¶li nie Olimpem, To przynajmniej trwaj±c± okr±g³y rok fet± By³o to zbocze, to ubocze wzgórza.
Wraca³em ze wspinaczek z narêczami kwiatów. Kyria Kleo, najêta przez nas do sprz±tania, Wk³ada³a je do wody, wzdychaj±c Maryjo ¶wiêta. Bola³y j± wci±¿ nogi. Po piêædziesi±tce, oty³a, Ubiera³a siê na br±zowo — kopia matrony z Palmyry Sporz±dzona z u¿yciem koñskiego w³osia i smalcu. Jak¿e ona kocha³a — ciebie, mnie, nas wszystkich, Kanarka, kota! Dzi¶ my¶lê, ¿e by³a mi³o¶ci±. Ca³ymi Dniami wzdycha³a, ¶wieci³a siê z mi³o¶ci — z bólu? — Mo¿e z obydwu naraz. (Nasz dialog nie grzeszy³ precyzj±.) Mieszka³a nieopodal ze sw± pobo¿n± matk± I synem-darmozjadem. Nazywa³a mnie prawdziwym synem.
P³aci³em jej do¶æ hojnie, o¶mielê siê wtr±ciæ. Mi³o¶æ wyzwala hojno¶æ. Najlepszy przyk³ad — my. Znali¶my siê od tak niedawna, ¿e przez ca³e noce, Zamiast spaæ, woleli¶my le¿eæ w ¶wietle lampy, Patrz±c na siebie albo dziel±c siê opowie¶ciami.
Ta jedna chwila zw³aszcza: ty, w moich ramionach, Bez tchu w ataku ¶miechu — mi³o¶ci? jednego I drugiego? — bo w³a¶nie przypomnia³em sobie, Co zobaczy³em, id±c w po³udnie do centrum:
Nieszczêsn± star± Kleo, na obola³ych nogach Pn±c± siê z trudem miêdzy pinie. Zawo³a³em, Wo³a³em a¿ trzy razy, nim siê obróci³a. Jej twarz nad ciasnym swetrem o kolorze nieba By³a umalowana. Tak. Umalowana Na bia³o, jak twarz klowna, jak ksiê¿yc za dnia, Przykryta per³owym wieczkiem, z ustami jak listek poinsetii, Zjedz mnie i zap³aæ — erotyczna maska, W któr±, jak ¶wiat szeroki, stroi siê z³udzenie Na w³asne za¶lubiny ze zwyk³± potrzeb±.
Oniemiali, wpatrzyli¶my siê w siebie — wiêc mi³o¶æ To z³udzenie? — i poszli, ka¿de w swoj± stronê. Chwilê potem trafi³em na targowy plac, Gdzie realne istnienie warzyw, drobiu, garnków Wyt³acza³ z masy marzeñ ¶cisk targuj±cych siê ludzi: Ka¿dy przechytrza³ los, próbuj±cy go nabraæ, oskubaæ Jak ptaka, jak kwiat w cieple tego listopada, Kwiat zagubiony w¶ród gliniastych ¶cie¿ek wzgórza Lub znaleziony gdzie¶ na klêczkach w b³ocie Ze swoim pulsuj±cym, rozbudzonym p±kiem Oczekuj±cym uszczkniêcia — w tym miejscu My¶l o nas powstrzyma³a mnie, wzi±³em siê w gar¶æ
I w drodze powrotnej do domu kupi³em dla nas owoców.
Wybacz mi, je¶li to czytasz. (I oby Kyria Kleo — Gdyby kto¶ mia³ w przysz³o¶ci prze³o¿yæ ten tekst na grecki I przeczytaæ jej na g³os — te¿ mi wybaczy³a.) Tak d³ugo obywa³em siê bez kochania, ¿e W tamtej chwili nie bardzo wiedzia³em, co my¶lê.
Skry³em twarz w twoich d³oniach, szybkich, lito¶ciwych, Przes³aniaj±cych oczy. Moimi ustami oddycha³ Jaki¶ bóg. Wiêc z³udzenie? Je¶li nawet, niech dalej trwa; Niech przebywa tu z nami za sw± marn± dniówkê, Sprz±taj±c, podlewaj±c, wzdychaj±c z mi³o¶ci czy z bólu. Niechby w razie potrzeby umia³o siê wspi±æ na wy¿yny Choæby i poni¿enia, tak jak ja sam sk±din±d W owych dniach ¿y³em jakby w nieustaj±cej wspinaczce W ¶wiat le¶nych kwiatów, delektacji, ³ez — |
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ