
|
1 Wiêc ju¿ po wszystkim. Czas wracaæ do domu. Jeszcze taksówk± do aerodromu — Ostatni wspólny koniak. Jeszcze nas zamknie Kodak W ostatni± i nieostr± klatkê Kodachromu.
W automatycznej pralni nasza po¶ciel. Co bêdzie z szarym kotem — o tym pro¶ciej Nie snuæ czarnych domniemañ. Pogadanka na temat "Dobroci wobec Zwierz±t"? — masz od dawna do¶æ jej.
Lecz mózg p³achtami parz± b³yskawice. Nie mogê mówiæ — nie chcê zaskowyczeæ. Pod brwi ciemnym obrywem Masz pustkê w oczach. Gdybym Móg³ wierzyæ, ¿e wype³niê j± znów swym odbiciem!
Trzask! Chyl±c wille, góra k³adzie siê na boku, Prostuje, nie rozlawszy zieleni w zatokach — Arena, w lot nikn±ca, Gdy swym biczem pogromca Tnie ¶wiat, który sam stworzy³, na strzêpy ob³oków.
Bêdê tych s³ów ¿a³owa³ w jakiej¶ innej porze — To nieprawda, nieprawda, ale jednak — Bo¿e, Do¶æ ¿y³em, ju¿ mnie nie drêcz. Kocha³em ciê — odszed³em. Inny ¶wiat na mnie czeka? Nie pamiêtam. Mo¿e.
Ty, którego zwierzêciem jestem, moich zmys³ów Magu i pentagramie, podnie¶ na lotnisku Wzrok: nad tob±, w ob³okach Kocham ciê, wci±¿ ciê kocham... A potem zniknij w t³umie, w tramwajowym ¶cisku.
2 Tu rzek³ ksiê¿yc, niebianin-grubianin: "Ty staranniej rozpatrz sw± rozpacz! Pan mia³ plan i w tym planie by³ odlot. Czy¿by nie do¶æ ciê g³aska³ ³askami?"
A ja, z moc±: "Wiêc na co te noce, Te bydlêce wagony agonii, Która drze mnie tak, ¿e siê nie zdrzemnê, Gdy ty drwiny mamroczesz w pomroce?"
Ksiê¿yc na to: "Po¿±dasz — w porz±dku; Mo¿na grzeszyæ i gorzeæ gorzej. Rzecz to niez³a, gdy w kochaniu siê nie zna Odpoczynku i to od pocz±tku.
Zamiast biadaæ i blado¶æ mieæ w licach, Wstañ, tumanie, z tej otomany. Tak jak ja nic na ¶wiecie nie ¶wieci — Ciesz siê z ¿ycia, wzorem ksiê¿yca!"
Tym podstêpem mnie zwabi³ i zbawi³: Wsta³em, gotów bez sprzeczki sprzedaæ Nawet duszê. R¿y wiatr nad r¿yskami, B³êdny b³êkit brnie sennie, srebrnawy,
W tê sceneriê, w której stale stojê: Nie zna blizny ¿adne z serc, dawniej bliskich. W bladym blasku lat twoje b³yszczy Wolne, uodpornione na moje.
3 Bezcenny ptak z metalu osiad³ wreszcie Na ziemi. Z obu stron widnia³y nagie Pejza¿e wzgórz i nieskoñczonych bagien. Nie wsiad³ w autobus; nie my¶la³ o mie¶cie.
S³oñca wschodzi³y, gas³y w pyle i czerwieni. Lew górski, wodny w±¿ — ca³kiem jak gdyby To do niego nale¿a³ ostateczny wybór, Kiedy tak klêcza³ na skorupie ziemi.
"Matko, by³em uparty, pró¿ny i drapie¿ny, Pomó¿ mi wróciæ, nie odchodziæ wiêcej." Dotkn±³ wargami miejsca, gdzie pêkniêcie Wydziela³o niejasny dech zgodliwej pie¶ni.
"Abym znów siê narodzi³, ruszy³ w drogê wtór±, Niech wpierw nad moim cia³em zabrzêcz± ¶cierwice." |
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ