
|
Właściwie dwa pokoje, na piętrze, widoczne mgliście Poprzez rue Messaline, jej złocone palmowe liście.
Mebli niewiele: dwa krzesła i stół do pracy pośrodku, Lampa, podwójne łóżko, łazienka, czternaście schodków;
Sześć okien, każde jak pauza dla nabrania oddechu w trakcie Narracji ścian, snujących w kółko swą gładką akcję.
Plakat — karnawałowy tłum białych twarzy bez oczu. Wentylator. Podłoga, po której aktor kroczy
Z pokoju do pokoju — wkuwając na pamięć płaskie Repliki desek, zmywanych pod wieczór czerwieńszym blaskiem,
Linie losu na dłoni, która czoło bezradnie pociera, Linijki wiersza w momencie, kiedy się rodzą (teraz) —
Sztampowy cień u stóp, nad głową biel tynku banalna, Łatwy do przeniknięcia wzrokiem kamuflaż klowna.
***
Rola, którą dziś zgłębia — Młody Zakochany — Wymaga naturalności i jej stopniowej przemiany
W drugą naturę. Ziemia, zmęczona słońcem i długim Dniem, podobnie pogrąża bruzd podbródki, jeden po drugim,
W ściemnieniu atmosfery, w puchowej kołdrze obłoku, Aż wreszcie drżąca Wenus migocze w górze i w mroku.
Właśnie tak aktorowi jego zanurzenie W wiek średni nie przeszkadza przebrać się w młodość. Na scenie,
We wnętrzu strofy, która wyjawi swe tajemnice, Gdy ją — jeszcze przed próbą — wziąć i wywrócić na nice,
Chwyta za pióro piszące te słowa i w świetle lampy Robi korektę tej kartki, szkicuje nowe warianty
Kwestii, która dziś wieczór zamknie finał Drugiego Aktu: "Światło mojego życia, bądź gwiazdą w moim spektaklu!"
***
Ograniczyć do minimum, jak rzekł Malraux, Aktora, który siedzi w każdym z nas. Bravo,
Zacny bonhomme — coś takiego właśnie z jego ust!... Słynny papieros w tych ustach, słynny beret — na zawsze wrósł
W nasz świat ten wzorzec stylu: reporter z bystrym spojrzeniem, Poza świadka epoki, poza podejrzeniem
O pozę. Nam, szarym ludziom, przez ambony i megafony Tumanionym, płonęły plony, siwiały żony
W przeciągu jednej nocy. Tylko Malraux, dzierżąc notes, Z nędzy (naszej) potrafił czynić (swoją) cnotę:
Sztuczka zgrabna — nieprawda? Tak w gust publiki utrafić! Życie —jak niegdyś Bóg— skroń wieńczyło za "tworzenie biografii
Z życia", za dłoń na sercu wśród głodów, rebelii i masakr, Za słabość do teatru w tych dość mocno realnych czasach.
***
Prowizorka tych wszystkich wież z kości słoniowej! Na piętro Wiodące drewniane schodki, ściana z niedbale chlapniętą
Warstwą tynku — i pokój zawisa w powietrzu jak UFO Na poziomie wierzchołków drzew. Jego jasność przyprawia ufną
Ćmę o halucynacje i w niezmrużonej zieleni Kocich oczu odbija się blask niedostępnych przestrzeni.
Lokator mierzy pokój krokami, zapala skręta, Wytycza perspektywę, która, choć w czaszce zamknięta,
Niknie za horyzontem. Tutaj przysięgi, już poza Zasięgiem słuchu kochanków, wciąż trwają, choć się rozwiązał
Ich związek; wapno ściany przestrzega lojalnie umowy Wynajmu z rosą świtu, rozpyloną już w mrok granatowy;
A jasna jak niepamięć maska ziemskiego Ciążenia Unosi się nad tą sceną i fazy kolejne odmienia.
|
Copyright © 1999-2008 • MIŁOSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i miłość