
|
Zesz³ej nocy znów mia³em sen pod tytu³em Pranie. Rêczniki i po¶ciel ¿ycia, które mieli¶my spêdziæ razem, ¦liniaczki z zasch³ym mlekiem, ca³un, wszelkie mo¿liwe szmaty, Jakie siê depcze, brudzi, bruka krwi±, chwyta na o¶lep, W ¶nie wylewa³y siê wiotko z ogromnego kosza z wikliny Na ksiê¿ycowy marmur desek. Poznali¶my siê chwilê przedtem. Obserwowa³em wszystko z zewnêtrznej ciemno¶ci, odziany W sztuczne w³ókno nowego typu, nie gniot±ce siê, nie do zdarcia I odporne na plamy. Opera roziskrza³a siê kondygnacjami Oczu, rozszerzonych, jak moje, belladonn±, zwróconych Ku scenie w ¶rodku. Widzia³em, jak skrzep chmury ro¶nie Z ka¿dym porywem wiatru, piorun k±sa, rozwiewa siê grzywa. Po dziewiêciu bramach fletu przebiega³y w panice palce. Sk±d to wahanie? Kocha³em ciê. I ¶mia³em siê w ulewie Z nas, do bia³o¶ci wy¿êtych, skrêconych razem w jeden Najwy¿szy mordent: pêd wistarii, Gdy chude drzewko wybucha³o ¿alem. Prze³o¿y³
|
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ