
|
Serce, które zrywa się, znęcone zewnętrznym blaskiem rzeczy, samo chciałoby wystąpić w podobnie pięknej postaci.
John H. Finley, Jr., "Four Stages of Greek Thought"
1. Wyciąg krzesełkowy "Król śniegu"
Żelazny szpon ławeczki porywa parzystą Pastwę, niesie z dygotem wzwyż, w trans akrofilii. Ratunku! Pogotowie! Co myśmy zrobili Najlepszego? Daj rękę, myśl o tych turystach,
Co wracali parami i w nietkniętym stanie Z podniebnej arki czerwca, z tak promienną miną, Że kupiliśmy także dwa bilety, mimo Podejrzeń, iż nie dozna się na tej podstawie
Chybotliwej niczego dobrego, jedynie Zostawi się coś z tyłu — jak teraz, rój ulic U wzgardliwych stóp góry: świetnie, dość tych uli Jednorodzinnych, z drogi, depresje nizinne,
Wszystko, w czym osiadamy, nadzieje zmylone, Rozpacze, pocieszenia, grzechy i apatie, Te sztywne wnętrza (każde prędzej się rozpadnie Niż ich architekt albo lokator-milioner),
Umeblowane matnie, czterdziestopiętrowy Jęk: mam ich potąd, po ten wierzchołek — sypialni W labiryntach szkła, kostkach lodu, gdzie zapalny Montaż rannych zórz wciąga w wir zawrotu głowy,
I teraz, mając w mózgu kartotekę tylu Wzlotów mieszkalnych fasad, nad gruzów obszarem Klnę się niebu w pół drogi do nieba, że żaden Z mych domów — nie, styl też nie — nie był w dobrym stylu.
Wzniósłszy się nad swój materializm, bez wahania Podpisuję umowę wynajmu widoku Na kilka stanów, błękit i tuzin obłoków; Jak wóz przeprowadzkowy, mgła wszystko pochłania —
Co u licha? Na sufit chmur z lękiem spoglądam: Drży od grzmotu awantur piorunującego Sąsiada z góry — a więc na tym to polega? Iluminacja równa porażeniu prądem?
Nagle groza przemija, sunie w inne strony. U klamki słońca wiszą skłębieni petenci Kumulusów. Więc jednak. Ktoś robi nam zdjęcie. Dostąpiliśmy wyżyn i zstąpili z tronu.
Choć dziś nie mam zamiaru powtarzać tej naszej Jedynej anabazy — chyba że do rymu — Lubię tę śmieszną fotkę, na której stoimy Wciąż jako para, którą byliśmy w tym czasie.
Ktoś, kto się bardziej wybił, lub bardziej wbił w dumę, Zagraca szczyt, na który wzniosła go ambicja, Stawia tam chorągiewkę, wycina inicjał, Ryczy: "Obywatele!..." Nie z nami ten numer.
Z twoich ust usłyszałem tylko, że ci raźniej W lekkim sercu powietrza (wrona była świadkiem); Ty z moich — że przy bieli, nawianej tu wiatrem, Słowa to profanacja. Reszta była zjazdem.
Au fond każdy wierzchołek jest ślepą uliczką. Tego dnia w każdym razie — kronika zapisze Ten przykład przezorności — w hotelu "Zacisze" Mieliśmy rezerwację. Zanim siadłem blisko
Ciebie, już po raz drugi, myśląc — nie wiem o czym: Czemu wiatr tak cię pragnął zamknąć w uścisk ramion? (Dziś nie mam już nadziei, że zrobię to samo) — Okruch bezmiaru zdołał nasycić nam oczy.
2. Szmaragd
Słysząc o moim rychłym — w niedzielę — wyjeździe, Matka spytała, czy bym przedtem mógł ją zawieźć Do centrum. Zrzucam szlafrok; jak mógłbym ją zawieść? Pogoda jest w sam raz. My dwoje — żywi jeszcze.
To jedynie jej późny mąż, zacny Generał (Nieszkodliwym szaleństwem był ten ślub w podeszłym |
Copyright © 1999-2008 • MIŁOSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i miłość