
|
Przekl±³em — i na wieki rzuci³em j± sam±, I wzburzony, nim ksiê¿yc zab³ysn±³ wieczorem, Ju¿em siê od niej d³ugim rozdzieli³ jeziorem. A gdy siê toñ jeziora ksiê¿ycow± plam± Osrebrza³a, gdy wichry zawiewa³y ch³odniej, Jam jeszcze lecia³ — jeszcze ucieka³em od niej.
I mo¿e bym zapomnia³ — bo koñ lecia³ skoro. Bo mi targa³y my¶li têtni±ce kopyta. Gdzie ona? — oszukana — przeklêta — zabita... Wszak jêk tu nie doleci, wszak ³ez nie zobaczê. Patrzê na niebo, ksiê¿yc, na gwiazdy, jezioro... To jezioro — to fala — to nie ona p³acze.
I mo¿e bym zapomnia³... lecz gdy to spostrzeg³a Blada ¶wiat³o¶æ ksiê¿yca, krok w krok za mn± bieg³a. Pró¿no siê zatokami wê¿owymi krêcê, Wszêdy mnie ksiê¿ycowa kolumna dopad³a, Jakby siê ta kobieta do stóp moich k³ad³a I niema p³aczem, za mn± wyci±ga³a rêce.
|
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ