wiersze

wierszyki

Konstanty Ildefons Gałczyński

Ballada ślubna

Skuła nam nogi ciemna siła

w płynie tłoczonym z maku,

lecz całe szczęście, że świeciła

twa klamra ze szmaragdu;

 

kłułem policzki, biłem pięścią

w rozmarzających dymach,

bo sen od maku szedł krawędzią —

ciemnoniebieski ślimak;

 

Karakuliambro, olbrzym słodki

ze starych bohomazów

to był łeb śpiący twojej ciotki,

Wielkiej Xiężnej Kaukazu;

 

stał świecznik z pięciu Murzynami

przy śpiącej w oknie, blisko —

ślimak obwąchał ją różkami,

a potem zniknął nisko;

 

i ty zginęłaś nagle. — Gdzieś ty?

lecz głos mi w piersiach zamarł...

— Ach, tutaj jestem, tu, gdzie świeci

ta ze szmaragdu klamra;

 

chciałem zapalić kandelabry,

nie dałaś, smagła panno,

i przez korytarz jak przez Afrykę

szliśmy jeszcze nieznaną;

 

do stajni trzeba było pobiec:

zdawało się daleko...

Na wiązce słomy spał Joe, chłopiec

Dickensa, wuja twego;

 

owczarz z obliczem spał wesołym,

a księżyc stał za węgłem,

więc sam karetę wyciągnąłem

i koni sześć zaprzęgłem;

 

podczas odjazdu żadnych osób,

pudeł gniotących w piętę,

bo Biblia tylko, rurki do włosów

Wielkiej Xiężnej świśnięte;

 

ach, jak się śmiałaś, niegodziwa,

kiedym zacinał konie,

że ciotka na Murzynów kiwa,

by szli do łóżka do niej!

 

Na przełaj! przez truskawki, miła,

dojedzie się do traktu —

gadały koła i świeciła

twa klamra ze szmaragdu.


sitemap