wiersze

wierszyki

Konstanty Ildefons Ga³czyñski

Küferlin

bajka

Kiedy ch³ód fioletowy od±³ usta chimerom,

strzeg±cym schodów promiennych, co prowadzi³y do wnij¶cia,

olbrzymiog³owy Küferlin uniós³ ¿onê jak ber³o

i do ³o¿nicy j± zaniós³, i z³o¿y³ na miêkkich li¶ciach.

 

Wiêc muzykanci poczêli stroiæ narzêdzia kruche,

aby im by³o s³odziej i ciszej, i bardziej miêkko,

lecz nie znale¼li poklasku, i skin±³ Küferlin rêk±,

i graæ rozkaza³ piorunom, dêbom grzmieæ, gwizdaæ wichurom.

 

Zwêzi³y siê oczy ¿ony od tego huku, od trwogi,

p³akaæ poczê³a cicho, bardzo cicho, jak strumieñ;

t³umaczy³a mu, ¿e jest ma³a, ¿e boi siê, ¿e nie rozumie...

Na pró¿no: ¶mia³ siê Küferlin i spala³ j± wolno, jak ogieñ.

 

A potem ju¿ by³o cicho. Powietrze pachnia³o morw±

i po ramionach ¿ony pot sp³ywa³ jak srebrny ocean...

Wiêc kiedy siê u¶miechnê³a, westchnê³a i usnê³a,

przez okno w powale wpad³ ksiê¿yc i Küferlina porwa³.

 

"Oto mnie w rêce porywa astrologiczny ksiê¿yc!"

wrzasn±æ zd±¿y³ Küferlin, a ju¿ rozkrêcone w³osy

ci±gn± mu g³owê do góry, a za g³ow± brzuch i w niebiosy

tak ulatuj± we dwójkê, a ¿ona ¶pi i nic nie wie.

 

O ¶wicie p³aka³ Küferlin. ¦mia³a siê ¿ona i z konwi

la³a z³ocist± wodê w dziecinne usta kwiatów.

"G³upcze — mówi³a do mê¿a — on by naprawdê ciê porwa³,

gdybym za ucho ciê mocno nie uchwyci³a zêbami..."


sitemap