
|
Był upał, już godzina południa minęła, Ległem, aby odpocząć, pośrodku posłania. Część okna zasłonięta, część otwarta była, Światło więc było takie, jakie bywa w lesie; Jak kiedy zmierzch przebłyska o słońca zachodzie Lub gdy noc już umyka, a dzień nie wstał jeszcze. Takie światło jest miłe wstydliwym dziewczynom, Bo lękliwa nieśmiałość lubi kryć się w mroku. Przyszła Korynna: w luźnej, bez pasa, tunice; Włosy na białą szyję z obu stron spływały — Tak słynna Semiramis, jak mówią, do łoża Iść miała oraz Lais, przez wielu kochana. Zerwałem z niej tunikę — zresztą i tak cienką — Ale o tę tunikę walczyła zawzięcie, Tak jednak, jakby wcale nie chciała zwycięstwa. We własne wpadła sidła — bój nie był zbyt ciężki. Gdy stanęła przede mną, odrzuciwszy szatę, W jej ciele nie dostrzegłem ni najmniejszej skazy. Jakież ramiona mogłem widzieć i dotykać! Kształt piersi jak kuszący, by ująć je w dłonie, A pod piersi jędrnością — jaki brzuszek płaski! Jakież biodra i jakie jej młodzieńcze uda! Cóż mówić o szczegółach? Piękna była cała. Nagą objąłem mocno w miłosnym uścisku. Reszty któż by nie zgadnął? Legliśmy znużeni. Oby takie południa często się zdarzały! Przełożył Jerzy Ciechanowicz
|
Copyright © 1999-2008 • MIŁOSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i miłość