
|
Przez siedem dni s³u¿ebna czesze co dzieñ ¶lady umartwieñ i ¿a³obny osad popio³u, który osta³ siê w twych w³osach; rozpostrze je, wysuszy na swobodzie i pachnid³ami przeczystymi natrze. I tak wci±¿ — dzieñ po dniu; póki nie nadszed³
ów moment, gdy (choæ nikt ciê nie przyzywa³) zerwa³a¶ siê i wesz³a¶ jak nie¿ywa w pa³ac, co gro¼nie wnêtrza swe otwiera³, by tam — ¶ród s³u¿ek, co twych — ¶ród s³u¿ek, co twych kroków strzeg± na samym koñcu drogi ujrzeæ Tego, którego kto dotyka, ten umiera.
L¶ni³ tak, ¿e czu³a¶, jak od tego blasku rubiny zap³onê³y na twym czole. Ju¿ naczyniona by³a¶ króla ³ask± niby naczynie i ju¿ jego wolê
d¼wiga³a¶, a¿ po brzeg wezbrana ca³a, nim jeszcze w trzeciej sali wesz³a¶ g³±b, gdzie zielonego malachitu zi±b przelecia³ ciê. Ani¶ nie przypuszcza³a
i¶æ taki ¶wiat we wszystkich tych kamieniach, co ciê¿sze zda³y siê od jego l¶nienia, a zimne od twej trwogi. Sz³a¶ a sz³a¶ — A¿ gdy nareszcie, ponad tob±, On, wzros³y nad wielki z turmalinu tron spiêtrzy³ siê, rzeczywisty niby g³az, ze s³ug podjê³a ciê, co by³a z lewa, aby, omdla³±, podwie¶æ do siedzenia. On koñcem ber³a tkn±³ ciê od niechcenia — a ty¶ pojê³a to bez s³owa, w trzewiach. Prze³o¿y³
|
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ