
|
Perły się toczą. Ach, czy zerwał się jeden ze sznurów? Lecz cóż by pomogło, gdybym je znów nanizał: brak mi ciebie, podtrzymująca je, silna klamro, ukochana.
Czyliż nie pora? Jak przedświt na wschód słońca, czekam na ciebie, blady od kończącej się nocy; jak pełny teatr natężam wielką wizję, by z twego wzniosłego występu na scenie nic nie uszło mojej uwagi. O, jak zatoka w otwartą przestrzeń wpatruje się i od światła morskiej latarni rozciąga błyszczący obszar; jak łożysko rzeki w pustyni, by je z gór czystych jeszcze niebiańska uderzyła ulewa — jak więzień, z głową wzniesioną, wytęsknia odpowiedź gwiazdy, ściągając ją w swoje niewinne okno; jak ten, który ciepłe kule odrzuca od siebie, by je na ołtarzu zawieszono, i pada na ziemię, i leży nie mogąc się podnieść bez cudu: spójrz, tak się tarzam, gdy nie przychodzisz, do ostatniego tchnienia.
Ciebie tylko pożądam. Czyliż szpara w chodniku, gdy, biedna, czuje już napór trawy, może nie pragnąć całej wiosny? Spójrz, wiosny ziemi. Czy księżycowi nie trzeba, by jego odbicie zabłysło w wiejskim stawie, wielkiego zjawienia obcych gwiazdozbiorów? Jak może się spełnić rzecz choćby najmniejsza, jeśli ku nam nie ruszy pełnia przyszłości, czas całkowity?
Czyliż w końcu nie jesteś w niej, Niewysłowiona? Jeszcze chwila i nie utrzymam cię więcej. Starzeję się albo tam spychają mnie dzieci... Przełożył
|
Copyright © 1999-2008 • MIŁOSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i miłość