
|
Poskromieni przez miltown, na matczynym ³o¿u k±piemy siê w jutrzenki wojennym kolorze; z³ocone s³upki ³ó¿ka w ¶wietle dziennym l¶ni±, oblane wyuzdan±, dionizyjsk± krwi±. Wreszcie drzewa zieleni± siê na Marlborough Street, kwiaty naszej magnolii pod oknem siê ¶ciel±, parz±c ranek zabójcz±, piêciodniow± biel±. Przez ca³± noc trzyma³em ciê za rêkê, jak gdyby¶ czwarty raz z rzêdu zobaczy³a przed sob± królestwo ob³êdu — jego mordercze oczy i banalne s³owa — i odwlok³a mnie odeñ ¿ywego... Ma petite, najczystsze z Bo¿ych stworzeñ, bystro¶æ i energia: mia³a¶ dwadzie¶cia parê lat, a ja, ¶ciskaj±c szklankê w d³oni i z gard³em ¶ci¶niêtym, pi³em wiêcej ni¿ inni, a¿ wreszcie omdla³em u twoich stóp, zmorzony piciem i upa³em Greenwich Village, zanadto ur¿niêty, zbyt sztywny i nie¶mia³y, aby ciê poderwaæ, gdy ze zjadliw± werw± tradycyjne Po³udnie drwinami smaga³a¶.
Dzi¶, w dwadzie¶cia lat pó¼niej, odwracasz siê ty³em. Bezsenna, przytulasz dzieciêcym ruchem poduszkê do cia³a i staromodna tyrada — po¶pieszna, bezlitosna, czu³a — na moj± g³owê jak Atlantyk spada. Prze³o¿y³
|
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ