
|
Oziębłością mnie, droga, nie dręcz I nie pytaj, czy lat mam wiele. Przez okrutną trawiony febrę, Wyschłem duszą na czarny szkielet.
W czasach sielskich, nie bardzo dawnych, Tak dziecinnie mi się przyśniło, Że, bogaty jak król i sławny, Wszystkich kobiet zdobędę miłość.
Tak, bogatym! Wspominam czule Swój cylinder wbity na bakier. Jeszcze został mi półkoszulek I zdeptanych półbutów lakier.
Sława — owszem, także niezgorzej: Wszystkich miast szanowna hołota Przed imieniem mym pierzcha w zgrozie, Jak przed wrzaskiem dziwki spod płota.
Miłość... Ach, to najlepszy kawał! Całujemy, a wargi — drewno. Młodość uczuć choćbym udawał, Nie rozgrzeję ciebie na pewno.
Wpadać w rozpacz chyba za wcześnie, No, a o smutku trochę — nie szkodzi! Od twych włosów złocistszym chrzęstem Szumi kurhan w młodej lebiodzie.
Ja bym chciał z powrotem w tę stronę, Gdzie z pogodnym sercem i myślą W bezimiennej ciszy utonę I dziecinne sny mi się przyśnią.
Ale sny o czymś innym, nowym, Nieznajomym ziemi i trawie, Czego nikt nie wyrazi słowem, Czego nazwać sam nie potrafię. Przełożył Wiktor Woroszylski
|
Copyright © 1999-2008 • MIŁOSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i miłość