wiersze

wierszyki

Stanis³aw Barañczak

4.2.80: ¦nieg V

Milczkiem opadaj±cy, chy³kiem biel±cy siê ¶niegu,

có¿ w lutym, za oknem, nad ranem mo¿e byæ w tobie jasnego

 

bardziej ni¿ to, ¿e trzeba pod ko³dr± jedn± i ciep³±

obj±æ siê, sple¶æ ze sob± obydwa sny, nim uciekn±

 

przed ¶witem; ni¿ to, ¿e trzeba do nastroszonej piersi

przemówiæ ciep³ym jêzykiem (ju¿ drzwiami trzaskaj± pierwsi

 

punktualni s±siedzi, ju¿ przez dwie ¶ciany winda

sw± listê obecno¶ci szumi); ni¿ to, ¿e pokój rozwidnia

 

ten ch³ód nagi, wilgotny, przed którym tylko nagie,

wilgotne ciep³o chroni — i to, co zrywa siê nagle,

 

dwoiste, jednolite, zd³awione, nie do zniesienia,

wzbijaj±ce siê z krzykiem, jawne i mroczne jak ziemia


sitemap