
|
I jakim prawem mieliśmy w sobie aż tyle nieprzezorności, aby w bezsennym przedziale spędzić noc, wysiąść, drżąc z zimna, i znaleźć między dnem szarych chmur a warstwą rudych szpilek śliski od mżawki, pusty po sezonie camping — garść słupów do siatkówki i sklejkowych ruder, zza których grzmiało morze; aby w przemokniętym domku z dykty nie zwlekać już ani przez chwilę dłużej i paść w ubraniach na nagi materac i, niezdarnie zdzierając je z siebie, docierać do nas, odnalezionych Bóg wie jakim cudem
i jakim trafem; aby nic wtedy nie przeczuć, chichotać z układanych wspólnie — senną głową przy ciepłej piersi — głupstw: "Morze miarowo szumi, Bo niemiarowo nie umi", pod wieczór czuć nadal w ciele słony, dziki, jednostajny rytm fal, które zbijały z nóg spienionym światłem zmieszanym z piaskiem, żwirem i wodorostami, i ten rytm naśladować w śpieszniejszym narzeczu dwojga ciał; aby wargi, błądzące powoli plażą skóry, trafiły na kryształki soli z morza? z potu? nie wiedząc jeszcze, jakim wiatrem
i jakim trwaniem będą zdmuchnięte, spłukane; aby języki dwa bez skutku ale czule chciały się spleść, przytrzymać nawzajem, nie ulec sygnałowi z latarni morskiej, gdy nad ranem buczał przez mgłę, na znak, że wszystko ma swój brzeg, i gdy do wnętrza domku przez koślawą ramę okna sączył się z anten, kominów i drzew
świt ze swoim natrętnie milczącym pytaniem, jakim właściwie cudem, jakim trafem, jakim prawem wszystko ma odtąd pozostać tym samym morzem, tym samym snem, tym samym słonym smakiem.
|
Copyright © 1999-2008 • MIŁOSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i miłość