
|
I
Siedzia³a zamy¶lona, W kapry¶nej by³a wenie; Naprzeciw siedzia³ m³odzik, Co kocha³ j± szalenie.
Rzek³a — "Ach jakbym chcia³a, Mieæ dzisiaj na wieczorze Bukiet z kamelii ¶wie¿ych: ¯e te¿ to byæ nie mo¿e!" —
On rzek³ — "A to dlaczego?" — Spojrza³a siê nañ dziwnie: — "¯e te¿ siê panu zawsze, Chce pytaæ tak naiwnie.
O siódmej zjad± go¶cie, Ju¿ czwarta, mróz a¿ zgrzyta; Do miasta st±d trzy mile, A pan siê jeszcze pyta." —
On powsta³, nie rzek³szy stówka, I wolnym wyszed³ krokiem; ¯e wyszed³, nie spostrzeg³a, Nie po¿egna³a okiem...
II
Trzy godzin nie minê³o, Panna ju¿ czeka w sali. Z³± drogê maj± go¶cie; Wiatr mro¼ny z ¶niegiem wali.
Wszed³ m³odzik lecz tak blady, Jakby go z krzy¿a zdjêli; Lecz w oku l¶ni mu rado¶æ, Bo niesie pêk kamelii.
— "Kamelie!"... krzyknie panna: — "Est-ce possible? O mój Bo¿e! Mów¿e pan, sk±de¶ dosta³ Kamelie o tej porze?" —
— "Przywo¿ê je ze Lwowa, Prosto od Klimowicza. — "Co pan?" — Ja pani, hrabia Po¿yczy³ mi Wolwicha". —
— "Hrabia?! Ach, jaki dobry, Mais voyez, jak to grzecznie! Powiedz mu pan, ¿e za to Wdziêczn± mu bêdê wiecznie!".
|
Copyright © 1999-2008 • MI£OSNE•INFO • Wiersze, wierszyki i mi³o¶æ